książki o zdrowiu i diecie

Dlaczego większość książek o zdrowiu i diecie nie zasługuje na polecenie?

Od kiedy jestem dietetykiem zauważyłam że bardzo, bardzo rzadko sięgam po popularnonaukowe książki o zdrowiu i diecie. Nie czytam i nie polecam dalej książek o insulinooporności, Hashimoto, hormonach, odchudzaniu… Dlaczego?

Bo ze świecą szukać tych prawdziwie rzetelnych, z podanym piśmiennictwem dobrej jakości, o nie czarno-białej, wyważonej treści. Takich nieprzegiętych, dostrzegających niuanse, nie sprzedających między wierszami kulturowych i nienaukowych trendów ani uprzedzeń.

Oczywiście takie też są, ale najczęściej to prawdziwe białe kruki, pośród masy pośredniej lub całkiem mizernej jakości pozycji. Przykładem może być “Jak nie umrzeć przedwcześnie”, której recenzję znajdziecie też na tym blogu.

Na podstawie książki „Sposób na hormony”, którą dostałam do recenzji postaram się Wam wytłumaczyć skąd bierze się moje sceptyczne podejście. Na koniec postaram się Wam udzielić kilka praktycznych porad, jak dobierać wartościowe książki i co interpretować, jako lampki alarmowe potencjalnie niezbyt dobrej jakości treści.

Moja recenzja “Sposób na hormony”

Co mi się podoba

  • W książce podkreślona jest potrzeba opierania wskazówek zdrowotnych na badaniach naukowych. Autorka porusza także kwestię jakości dowodów naukowych dostarczanych przez różne typy badań.
  • Edukowanie przystępnym językiem na temat tego, jak działa układ hormonalny w naszym ciele i dlaczego należy dbać o jego zdrowie.
  • Podkreślenie potrzeby weryfikowania rzetelności wybieranych suplementów diety (niestety podane informacje dotyczą jedynie realiów amerykańskich, spisane kroki nie mają zastosowania w Polsce).
  • Nie powiela popularnych mitów związanych ze zdrowiem i prawie zawsze tłumaczy i argumentuje swoje stanowisko. Przykład: potrzeba unikania soi, czy warzyw kapustnych przy niedoczynności tarczycy (żeby nie było wątpliwości  – to mit. Można jeść i soję i kapustę).
  • Proponowane preparaty najczęściej mają dobre “papiery”, czyli niektóre warto rozważyć do wdrożenia. Część z wymienionych sama używam we własnej praktyce dietetycznej. Jednak nie w takiej ilości na raz i bez podanej, sugerowanej kolejności (od tych, które dają najlepszy efekt terapeutyczny do tych o najmniejszym wpływie).

Co jest ciężkie do jednoznacznej oceny

  • Zachęcanie do samodzielnej weryfikacji skuteczności i zasadności stosowania poszczególnych preparatów na PubMed. Z jednej strony dobra intencja, z drugiej fakt, że stanowcza większość osób ma dostęp jedynie do abstaktów (skrótowych zapisów badań) i nie ma wystarczających umiejętności czytania, analizowania i zbierania wniosków z badań naukowych.
  • Zachęcanie do samodzielnego weryfikowania wyników własnych badań laboratoryjnych, ustalania ścieżki diagnostycznej i doboru konkretnego procesu terapeutycznego. I ja owszem, też jestem za edukacją, dobrym poznaniem tego, jak działają problemy zdrowotne, które nas dotyczą. Z drugiej strony odczytywanie wyników badań wykracza dalece poza interpretację tego, co się mieści w granicach normy.
  • Zachęcanie do świadomego wybierania lekarza oraz zbudowania do niego zaufania. Też jestem za tym, ale po wczytaniu się w książkę łatwo dojść do wniosku, że autorka zaleca zaufanie do lekarza, jedynie w przypadku, jeśli ten potwierdza to, co chcemy od niego usłyszeć i co jest zgodne z treścią książki.
  • Zachęcanie do sprawdzania interakcji między preparatami ziołowymi, z drugiej strony zupełny brak takiej informacji przy interakcjach między suplementami diety.

Co mi się nie podoba

  • Proste przedstawienie źródeł większości dolegliwości, jako uzależnionych głównie od gospodarki hormonalnej. Z książki można wyczytać, że wszelkie problemy – od mało sprężystego kroku, przez depresję po wzdęcia są spowodowane nieuregulowanymi hormonami. Niestety nasz organizm jest o wiele bardziej skomplikowany. I dlatego też jedna książka poradnik to stanowczo za mało, żeby odnaleźć swoją drogę do zdrowia.
  • Nierealne obiecanki przekazywane z nieugiętą pewnością. Na samej okładce już jest napisane że książka pokieruje nami tak, żeby naturalnie pozbyć się zaburzeń hormonalnych. Jak zwykle nie uwzględnia się faktu, że nie na wszystkich to będzie działać, nie w 100% i że są zaburzenia, z którymi nie da rady za dużo zrobić. Dlaczego takie obiecanki mnie tak mierżą? Bo na pewno wiele kobiet sięgnie po tę książkę z nadzieją na pełne odzyskanie zdrowia, poświęcą na zaproponowane terapie nawet do kilku lat i część z nich nie zauważy obiecanej, magicznej poprawy i uzdrowienia. To może napędzać tylko frustrację i przekonanie, że brak poprawy leży po ich stronie i jest nadal wynikiem jakiś ich błędów – że za mało suplementów, że jeszcze niezbyt perfekcyjna dieta lub za mało jogi.

„Okaz hormonalnego zdrowia: Wyobraź sobie idealną kobietę. Jej hormony są w stanie perfekcyjnej równowagi, ma mnóstwo energii przez cały dzień i zrównoważony nastrój, nie zdarzają się jej nagłe napady łaknienia. Na głowie ma gęstą czuprynę lśniących włosów, a jej skóra jest nieskazitelna. Z łatwością utrzymuje prawidłową wagę i energię seksualną. Koledzy i koleżanki z pracy nigdy się nie martwią, że wybuchnie płaczem podczas ważnego spotkania albo że zacznie się nadmiernie pocić. Przyjaciele nie rzucają jej delikatnych sugestii żeby odwiedziła psychologa. Książka “Sposób na hormony” jest dla reszty nas – kobiet które jeszcze nie przeistoczyły się w okazy hormonalnego zdrowia, ale taki mają cel.”

  • Podstawą całej książki jest kwestionariusz, który w skrajnie uproszczony sposób pozwala na samodiagnozę, dzięki której następnie możemy dobrać odpowiednie postępowanie (dobór żywienia, suplementów, preparatów ziołowych…). Oczywiście sam kwestionariusz nie został przebadany, a przynajmniej nigdzie nie ma informacji o jego adekwatności diagnostycznej.

Według tego kwestionariusza wystarczy doświadczyć 3 z podanych 15-20 dolegliwości, żeby móc zdiagnozować bardzo konkretne problemy hormonalne.

„Odpowiedziałaś „tak” na trzy lub więcej pytań w danej kategorii? Posłuchaj: masz zaburzenia równowagi hormonalnej”

W ten sposób przykładowo jeśli w ciągu ostatniego półrocza doświadczyłaś:

scenariusz 1scenariusz 2
pobudzenia albo zespołu napięcia przedmiesiączkowego, problemów z pamięcią,
wzdęcia / nabrzmiewania kostek lub brzucha,zmarszczek i faktu, że „twój ulubiony krem nie działa już cudów”
płytkiego snuutraty zainteresowania aktywnością fizyczną

W SCENARIUSZU 1: Według autorki najprawdopodobniej masz problem z niskim poziomem progesteronu lub cierpisz na oporność na progesteron, co powoduje, że adekwatna jest „naturalna” terapia składająca się z 10 różnych preparatów w postaci suplementów diety.

W SCENARIUSZU 2: Według tej książki możesz mieć problem z niskim estrogenem, co powoduje, że należy rozważyć dodatek kolejnych 11 suplementów diety do codziennej „naturalnej” terapii swoich hormonów.

Oczywiście dobrane przeze mnie przykłady są najłagodniejsze z całych kwestionariuszy, co nie zmienia faktu, że według prostego klucza nadal pozwalają na “zdiagnozowanie” sporych problemów zdrowotnych.
Autorka co prawda często zachęca do dokonywania poinformowanych wyborów, świadomym doborze preparatów, konsultowania się z lekarzami i samodzielnego zaglądania do publikacji, ale w rzeczywistości – kto będzie miał wystarczające do tego umiejętności i w ogóle chęć weryfikacji? Prosta tabelka z podanymi dawkowaniami zupełnie do tego nie zachęca. Biorąc też pod uwagę mnogość proponowanych preparatów tym bardziej dziwi mnie brak widocznej informacji o interakcjach między nimi.
  • Część poświęcona diecie jest zatrważająca, za to na całe szczęście bardzo krótka. Tym bardziej pokazuje, że żaden specjalista nie powinien pisać na tematy spoza swojej dziedziny bez odpowiednich konsultacji, a już na pewno nie układać swoich zaleceń dla innych.
  • Proponowana dieta jest skrajnie niskokaloryczna. Po wrzuceniu zaproponowanego jadłospisu do kalkulatora wyszło mi 1300 kcal. Nie wiem, co bardziej tragiczne – ta głodowa ilość jedzenia, czy adnotacja, że „Jeśli przy tej ilości jedzenia zaczniesz tracić na wadze, dodaj 28 g pełnych ziaren do śniadania lub 84g do obiadu.”
  • Książka ponownie dużo obiecuje, jeśli chodzi o przedstawiony plan żywieniowy: „przywraca poziomowi Twoich hormonów równowagę, ogranicza stany zapalne i zmniejsza ryzyko insulinooporności”.
  • Występują duże sprzeczności – w opisie planu autorka pisze, że aby zmniejszyć stan zapalny, należy pozbyć się głównych alergenów z diety, w tym glutenu, soi, cukru i nabiału, ale w planie, mimo wszystko występują produkty tj. jogurt, tofu, czy tempeh. Oczywiście pomijam tutaj już kwestię oceny merytorycznej uznania diety eliminacyjnej jako jedynej, optymalnej do osiągnięcia działania przeciwzapalnego.
  • Zaproponowany plan jest też źle zbilansowany i niedoborowy. W oryginale praktycznie nie zawiera żadnych produktów zbożowych, poza 28 g bezglutenowych płatków owsianych do śniadania, które mają wystarczyć na cały dzień.
  • Autorka promuje dietę bezglutenową i nakłada nacisk na żywność organiczną i wolną od GMO bez podania adekwatnych przyczyn.
  • Dowody anegdotyczne górą. Owszem cytowania publikacji do konkretnych preparatów znajdziemy, ale cały protokół Gottfried oczywiście takich badań nie ma i swoją wiarygodność opiera na licznych historiach pojedynczych osób.
  • Wyjście z założenia, że „naturalna” terapia musi być lepsza niż konwencjonalna, nawet jeśli w ramach tej „naturalnej” terapii zamiast przyjmowania 1 leku (jak w przypadku niedoczynności tarczycy), proponowane jest łącznie 6 suplementów i 2-3 leki „naturalne”. Więcej o błędzie naturalistycznym.
  • Zniechęcanie do konwencjonalnych terapii – autorka kreuje wizję przyjmowania leków, w tym leków hormonalnych, czy przeciwdepresyjnych, jako zła ostatecznego.
  • Książka stanowczo może opóźnić postawienie diagnozy przez prawdziwego lekarza, ponieważ autorka zachęca, żeby traktować ją jako zamiennik konsultacji w gabinecie.

Czy poleciłabym tę książkę?

Nie, nie poleciłabym raczej nikomu tej książki.

Owszem, można tu znaleźć całkiem fajne opisy funkcjonowania układu hormonalnego (chociaż ze względu na fakt, że nie jestem endokrynologiem, ciężko mi się odnieść co do ich rzetelności) oraz informacje na temat preparatów i technik, które mogą mieć dobre uzasadnienie do wdrożenia przy niektórych zaburzeniach hormonalnych.

Jednak zbyt uproszczony obraz uzyskiwania zdrowia, ogromna ilość obiecanek, kwestionariusz, który może zniechęcać do podjęcia się prawdziwej diagnostyki, negowanie konwencjonalnych metod leczenia i brak uwzględnienia polskich realiów powodują, że nie uważam tej pozycji za wyważonej, ani rzetelnej.

Jak wybierać wartościowe książki o zdrowiu i diecie?

Co może świadczyć o dobrej jakości merytorycznej książki

  • Autor z wykształceniem i doświadczeniem w temacie, na który się wypowiada.
  • Obecność piśmiennictwa podpierającego wskazówki i zalecenia przedstawiane w książkach. Jeśli wdrożymy zalecenia dotyczące zdrowia, które nie mają swojego poparcia w nauce, to oznacza to, że nasze zdrowie zawierzamy temu, że autor ma co najwyżej głębokie przekonanie lub wiarę w przekazywane przez niego treści. Skuteczność takich terapii też najprawdopodobniej będzie zbliżona do skuteczności pobożnych życzeń.
  • Książki polecane przez zaufanych specjalistów w dziedzinie. Te nie zdarzają się często? To dlatego, ze rzadko pojawiają się pozycje, które można polecić z ręką na sercu.
  • Wybieranie pozycji publikowanych przez wydawnictwa medyczne.
  • Omawiające bardzo konkretną dziedzinę, a jeśli dotyka się innych sfer, poza ekspertyzą autora, powinny być skonsultowane z zewnętrznym specjalistą. Dlaczego? Bo jeśli ktoś pisze z perspektywy specjalisty od zdrowia ogółem, to oznacza, że lepiej nie mieć do niego zaufania. Nie ma ekspertów od wszystkiego.
  • Informacja o tym, do kogo kierowana jest książka: do specjalistów, czy pacjentów.

Co może świadczyć o kiepskiej jakości merytorycznej książki

  • Zapewnienia o totalnej przełomowości zawartej tam wiedzy. Nauka ma charakter ewolucyjny, a nie rewolucyjny. Pomimo, że przekazy medialne czasami mogą sugerować coś innego, nasza wiedza postępuje w dość powolnym tempie, często jest poddawana weryfikacji, co wpływa na pewne zmiany stanowisk w niektórych sprawach. Jednak na ogromne, przewracające do góry nogami przełomy raczej nie ma co liczyć – przynajmniej w kwestii żywienia.
  • Odniesienia do wartości nienaukowych, czyli chociażby „naturalności” / „zgodności z naturą” / odnoszące się do wiary i przekonań.
  • Ogromna ilość obiecanek podanych z bezgraniczną pewnością. Ktoś chce przekonać w książce, że znalazł lekarstwo na całe zło? Że ma receptę na tajne uzdrowienie, które działa hurtowo na wszystkich? Ten brak jakiejkolwiek refleksji na temat swojej nieomylności, dostrzegania niuansów, pisania też o negatywach promowanej przez siebie terapii, albo przemilczenie ich, jakby te zupełnie nie istniały – to ogromna czerwona flaga.
  • Książka jest jedynie trybikiem marketingowym: sprzedaje się w ramach niej dalsze usługi, przekierowuje do konkretnych sklepów i preparatów.
  • W tytule znajdziesz bardzo modne i trendy, ale nienaukowe słowa tj: detoks, oczyszczanie, dieta alkaliczna.

Jak osobiście upewniam się o wartościowej treści książek?

  • Książki żywieniowe jest mi łatwo ocenić z racji swojego wykształcenia. Zwracam uwagę na wszystkie wypisane powyżej aspekty.
  • W dziedzinach, które mnie interesują, ale wiem, że mam za małą wiedzę (np. psychologia) po pierwsze jestem ostrożna i sceptyczna. Zdaję sobie sprawę, że mogę nie rozróżnić pseudonaukowego bełkotu i używania skomplikowanych słów, żeby wywrzeć wrażenie na czytelniku od prawdziwej, wartościowej treści.
  • Dlatego dobieram książki polecone, przez osoby, do których mam zaufanie w danej dziedzinie. Na całe szczęście lekarzy, psychologów, seksuologów i innych specjalistów działających w social mediach jest sporo.
  • Jeśli natknęłam się na ciekawy tytuł, ale nie jestem go pewna, zdarza mi się pytać o opinie na forum Teoretycznie tak – grupa pronaukowa na Facebooku, na której łatwo zgromadzić opinie osób wyedukowanych nawet w bardzo wąskich dziedzinach nauki.

Oczywiście zgromadzone wskazówki nadal potrafią być zawodne. Zdarzało się już, że wydawnictwa naukowe publikowały bardzo nienaukowe treści bardzo niewiarygodnych autorów. Zdarza się też tak, że fajnej jakości książki są pisane przez pasjonatów, ale bez wykształcenia w temacie. Wydaje mi się jednak, że to jednak są wyjątki. Bycie sceptycznym i wybrednym co do przyswajanych treści w obecnych czasach nadmiaru informacji jest niezbędną umiejętnością.

Mam nadzieję, że pomogłam

Diana

Komentarze

  1. Pamiętam jeszcze, kiedy w mojej głowie funkcjonowało przekonanie, że jak coś jest w książce, to musi być prawda. Obecnie wysyp poradników pisanych przez blogerów i ludzi, którzy twierdzą, że odkryli tajemnicę wszechświata jest tak ogromny, że już od bardzo dawna nie sięgam po takie pozycje. Niestety, buble się trafiają i w zaufanych źródłach. Np nie tak dawno w Gazecie Lekarskiej pojawił się sponsorowany artykuł, napisany przez dyrektora (było napisane dr, ale po krótkim wyszukiwaniu w google, okazało się, że to doktor socjologii pisze do Gazety Lekarskiej) jakiejś organizacji ds promowania wieprzowiny, że mięso wieprzowe jest konieczne dla zdrowia, nie przyczynia się do zwiększonego poziomu złego cholesterolu, a diety wegetariańskie i wegańskie nie dostarczają odpowiedniej ilości białka i są niebezpieczne. Artykuł pokazał mi znajomy chirurg, jako ostateczny dowód na to, że mój weganizm to głupota. Warto sprawdzać źródła i autorów treści, które czytamy. Twój artykuł bardzo fajnie to pokazuje.

Dodaj komentarz